🩸Rozdział 2🩸
Jeden utwór się skończył, a drugi zaczął natychmiastowo i gdy pierwsze takty rapu mieszającego się z hiphopem i elektroniką rozbrzmiały w klubie wypiła kilka łyków swojego przyjemnie lodowato zimnego napoju i żądna tańca ruszyła na parkiet. Brnęła przez ten ścisk, znalazła lukę w tłumie markowo I elegancko ubranych ciał i tańczyła. Ruszała się, kołysała biodrami i ramionami, nie przejmując się tym, że wyglądała, jakby miała jakiś atak, tylko pozwoliła muzyce porwać ją, pochłonąć, wyrzucić z jej umysłu niepokoje na czas szalejącego syntezatora.
Została na parkiecie w trakcie tego utworu i następnego, i następnego, zanim przecisnęła się przez ciała na krótką przerwę, żeby usiąść, odpocząć trochę i się napić. Mieszała lodem w szklance, patrząc na tancerzy, którzy zatrzymali się drżąc między utworami, czekając na sygnał, żeby znów zacząć taniec, krzyczeli radośnie i zaczęli przepychać się kolejny raz w rytm muzyki, gdy nagle usłyszała pytanie:
— To jest dobry kawałek, nie sądzisz?
Obejrzała się zdziwiona widząc uśmiechniętego młodego chłopaka, z ramieniem rozciągniętym wzdłuż oparcia za jej plecami. Miał zmierzwione blond włosy delikatnie kręcone, które lekko okalały ścięte kości policzkowe i silną szczękę. Ubrany w koszulkę bez rękawów i dopasowane jeansy wyglądał przystojnie, ale to przez co był przystojny to jego oczy, które skupiały uwagę. Miał lśniące, nakrapiane zielone oczy, dość okrągłe i dominujące w twarzy, na pozór neutralne, ale biła z nich łagodna ciekawość. Przyglądał się jej zza długich, czarnych rzęs, uwodzicielsko skrytym wzrokiem.
— To jest bardzo dobry kawałek. — odpowiedziała, skończywszy lustrować wzrokiem jego wygląd, który był efektywny dla wampira i chcąc ukryć srebrzenie się tęczówek swoich oczu z podniecenia, zwróciła głowę w kierunku parkietu, na którym ciała wirowały w rytm muzyki w delikatnej poświacie różowych neonów. — Ludzie wydają się to lubić.
Przytaknął jej krótkim skinieniem głowy.
— Tak właśnie jest. — Uśmiechnął się do niej łagodnie i dał jej tym samym pełen widok na jego oczy. Nie były one całkowicie zielone, ale coś w rodzaju butelkowej zieleni, nakrapiane, które wyglądały jakby pożyczył je sobie z cudzej twarzy. — Ale ty nie tańczysz.
Nadia podejrzewała, że taki kolor jego oczu nie był spowodowany tym, że chłopak nosił kolorowe szkła kontaktowe. Przed przemianą jego oczy musiały mieć zielony kolor, natomiast po przemianie w wampira ich kolor nie zmienił się całkowicie, ale stał się bogatszy, bardziej nasycony I wyrazisty, dzięki zmodyfikowaniu komórek pigmentowych w tęczówce.
Nadia zauważyła to u siebie Jej oczy – niegdyś blade, zwyczajnie niebieskie – teraz miały znacznie ciemniejszy głębszy I nasycony kolor granatu przypominający odcieniem polne chabry rosnące na łące.
– Postanowiłam zrobić sobie chwilę przerwy i trochę odpocząć. Byłam na parkiecie przez prawie godzinę i zaczynają boleć mnie stopy – powiedziała mu, praktycznie krzycząc, żeby być pewną, że słyszy ją mimo tej pulsującej, hałaśliwej i głośnej muzyki.
– Lubisz tańczyć, co? – Przysiadł się do stolika przy którym siedziała, zajmując miejsce naprzeciwko niej.
– Jakoś sobie radzę w tej kwestii – zdając sobie sprawę, jak to musiało zabrzmieć, machnęła ręką w powietrzu – To znaczy, chciałam przez to powiedzieć, że lubię tańczyć.
– Już zamierzałem uwierzyć ci na słowo – Roześmiał się, ukazując przy tym rząd równych, zadbanych I równych zębów I postawił butelkę na stole. – Czy mógłbym kupić ci drinka?
Uniosła szklankę z połową swojego bezalkoholowego napoju, wzięła mały łyk I uśmiechnęła się lekko do chłopaka.
– Dziękuję, ale w ogóle nie piję alkoholu. Jestem abstynentką z wyboru.
– Jaka szkoda – Skinął głową i upił łyk napoju, który jak sądziła Nadia był piwem I postukał paznokciem w butelkę. – Ale nie mówię o alkoholu.
– Wiesz, że jestem wampirem? – zapytała cicho, niemalże szeptem, unosząc pytająco brwi.
– Oczywiście. Wszystkie wampiry tutaj to wiedzą. Chociaż musisz być nowo zmieniona, bo prawie nie czuć twojego zapachu.
Szybkie spojrzenie wokół klubu potwierdziło Jej podejrzenia, ujawniając więcej niż kilka kobiet i mężczyzn, których wzrok był przykuty do stolika przy którym siedziała.
– Jestem nieumarłym chodzącym pijącym krew demonem od… – zrobiła krótką, dramatyczną pauzę, jakby zastanawiala się co powinna mu odpowiedzieć – Od jakiegoś czasu.
– I jak ci się podoba bycie tym nieumarłym pijącym krew demonem – kącik jego ust drgnął we ledwie widocznym I zauważalnym uśmiechu – to znaczy wampirem?
– Chcesz, żebym była z tobą szczera?
– Chcę, żebyś była szczera, aż do bólu.
– Czuję się, jakbym zaraz miała oszaleć. – wyznała we końcu z rozbrajającą szczerością, próbując się otworzyć i mając nadzieję, że może zrozumie przez co przechodziła. – Zupełnie nie rozumiem tego, co się ze mną dzieje.
– Tak, wiem jak to jest – zgodził się z nią, krótko kiwając głową. Kiedy ja zostałem przemieniony i obudziłem się jako wampir, też w ogóle tego nie rozumiałem.
– Mam w sobie wszystkie te impulsy i pragnienia, których zupełnie nie rozumiem, stale czuję głód i myślę tylko o ludzkiej krwi. Nie jestem w stanie myśleć o niczym innym. To kompletnie chore i popieprzone.
– To część procesu przemiany i jest zupełnie normalne. Nie masz powodu do obaw. – uspokoił ją, kłafąc dłoń na jej ramieniu i przysunął się bliżej, tym ruchem wysyłał iskry wzdłuż skóry I to uczucie było bardzo przyjemne – Wszystko powinno się uspokoić w ciągu najbliższych kilku tygodni. Dlaczego w ogóle zdecydowałaś się zostać wampirem?
– W ogóle się na to nie zdecydowałam. – Upiła łyk swojego bezalkoholowego koktajlu, ale to nie tego płynu pragnęło I potrzebowało Jej ciało.
–To interesujące. Wyjaśnij mi to – zażądał.
– Chodzi mi o to, że ja w ogóle nie pisałam się na to całe wampirze łajno, w którym teraz się znalazłam. Nie chciałam tego.
– Nie chciałaś? – zapytał, mrużąc oczy.
– Nie chciałam być żadnym chodzącym pijącym krew demonem, wampirem czy czymkolwiek teraz jestem. Całkiem niedawno zostałam przemieniona bez mojej wiedzy i zgody
– W jakich okolicznościach do tego doszło, jeśli mogę zapytać? Niektórzy z nas uważają przemianę za brak klasy.
– Tego już niestety nie wiem – Ciepłe słone I wielkie niczym grochy, Łzy same cisnęły jej się do oczu i płynęły rzewnym strumieniem po jej bladych I pozbawionych koloru policzkach niczym krople deszczu po szybie – Niewiele pamiętam z tego co się ze mną działo zaledwie kilka dni temu. – Wytarła łzy splywające po policzkach serwetką którą wzięła ze stojaka ze stali nierdzewnej stojącego na stoliku. – Nawet teraz posiadam tylko garstkę niewyraznych wspomnień. – Odtwarzała w głowie to mentalne wideo, a przez jej umysł przewijały się urywki wspomnień, będące chaotycznymi fragmentami składającymi się z wielu obrazów, w których panował panował niezły chaos, bałagan i trudno było z nich cokolwiek wywnioskować.
Te przypadkowe niejasne i wyblakłe jak materiał pozostawiony na słońcu przez lata, wspomnienia roiły się gdzieś na krawędzi jej krawędzi jej umysłu i spowijała je gęsta mgła. Równie dobrze równie dobrze mogły być niczym innym jak tylko sennym majakiem, ale stale do niej nadal powracały i sprawiały, że nie mogła się ani trochę uspokoić. – Sama jestem sobie winna.
– Naprawdę mi przykro, że ciebie to spotkało – powiedział. – To co ci się przydarzyło to nie była twoja wina.
– Dziękuję – powiedziała głosem tak ochrypłym słabym I łamiącym się od gwałtownego I nagłego ataku płaczu, ze był on ledwie słyszalny i z trudem go poznała – Przepraszam za to że rozpłakałam się przy tobie niczym małe dziecko.
– Nic nie szkodzi. – uśmiechnął się do niej łagodnie. – Naprawdę.
– Nawet ci się nie przedstawiłam i nie powiedziałam jak mam na imię. To niegrzeczne z mojej strony.
– Zakładam że to chyba ważna informacja. – powiedział w zamyśleniu
– Mam na imię Nadia.
– Ładne imię dla ładnej dziewczyny – wymruczał, biorąc jej prawą dłoń i składając na niej delikatny pocałunek, który był niczym muśnięcie skrzydeł motyla na skórze. Jego szmaragdowe oczy zaiskrzyły się I zapulsowały srebrem przy brzegach. Kącik ust chłopaka wygiął się ku górze w chłopięcy, nieprzyzwoicie atrakcyjnym I niewinnym uśmiechu, przez który serce Nadii na krótką chwilę zgubiło właściwy rytm, zabiło znacznie szybciej i wywinęło fikołka.
– Martwej dziewczyny – dodała nagle, niby od niechcenia, niespodziewanie rozbawiona własnym żartem, biorąc łyk własnego koktajlu. – A ty jesteś?
– Mam na imię Samuel – Uśmiechnął się do niej łagodnie, gorąco i przyjaźnie.
– Ładne imię dla ładnego chłopaka – powiedziała biorąc kilka ostatnich łyków swojego koktajlu, uśmiechając się delikatnie i zalotnie
– Martwego chłopaka – zgodził się mrugając do niej porozumiewawczo I pokazując kła, na co ona zaśmiała się krótko, dźwięcznie i serdecznie. Lekko nachylił się ku niej, zwilżył dolną wargę koniuszkiem języka, potem przesunął palcem wskazującym po linii jej żuchwy, czym wysyłał przyjemne dreszcze płynące wzdłuż jej kręgosłupa. Jego twarz znajdowała się niebezpiecznie blisko niej, a Nadia nieoczekiwanie poczuła nieodpartą potrzebę, żeby go pocałować i przekonać się, jaki smak miały jego usta. Wstał z miejsca na którym jeszcze przed chwilą siedział i wyciągnął rękę w jej kierunku, na co Nadia pytająco uniosła brwi – Skoro już oboje jesteśmy martwi, to wydaje mi się, że powinniśmy ze sobą zatańczyć.
– O nie, nie – zaprotestowała, próbując jakoś się wykręcić. – Kiedy tańczę z kimś w parze, to potykam się o własne nogi, a moja koordynacja ruchowa woła o pomstę do nieba.
– W takim razie witam w klubie – zaśmiał się cicho, nerwowo. – Czy zechciałabyś ze mną zatańczyć w parze i potykać się o własne nogi? To tylko jeden taniec, więc daj mi się namówić.
– Dobrze – powiedziała z roziskrzonymi srebrem oczami, więc wstała i złapała jego dłoń. Splótł ich dłonie I poprowadził ją na parkiet taneczny znajdując dla nich wolne miejsce w tłumie. Odwrócił się do niej, uniósł jej ręce wokół swojej szyi, położył swoje dłonie na jej biodrach i zaczął poruszać się w idealnej harmonii z muzyką.
Leave a Reply