Archives 2026

♣️ ROZDZIAŁ 1 ♣️

Leon jechał pustą drogą prowadzącą przez las, jedną ręką opierając się o kierownicę, drugą wystukując rytm lecącej z radiant popularnej popowej piosenki. Zegar elektroniczny na desce rozdzielczej samochodu wskazywał godzinę dokładnie 23:30. Po długiej i męczącej zmianie w barze marzył tylko o wzięciu szybkiego, ciepłego i odświeżającego prysznica,  wypiciu litra ludzkiej krwi o jego ulubionej grupie A — Szkarłatnego Nektaru. Przed snem zamierzał spędzić kolejną godzinę w absolutnej i kojącej ciszy przed ekranem swojego Macbooka Pro i napisaniu kolejnych kilku stron swojej nowej powieści. Niestety Leon ostatnio mierzył się z blokadą pisarską I pisanie powieści kryminalnej szło mu trudno i całkowicie opornie, z czego wcale nie był zadowolony.

 A wydawnictwo naciskalo na niego żeby napisał kolejną część powieści, po tym jak jego pierwsza debiutancka powieść osiągnęła status bestsellera w Polsce . Deszcz, który padał wcześniej, zostawił na asfalcie mokre smugi odbijające światła reflektorów jego samochodu. Westchnął ciężko zrezygnowany i przetarł twarz dłonią. Wtedy zauważył, że coś mignęło mu po prawej stronie drogi, na poboczu jakby kształt ludzkiej sylwetki. 

Zmarszczył brwi w zamyśleniu, czując jak narasta w nim bliżej nieokreślone uczucie niepokoju I może nawet strachu. 

— Co do…

Chcąc się temu przyjrzeć odruchowo nacisnął pedał hamuleca.

Samochód zatrzymał się kilka metrów dalej z cichym piskiem opon. Leon  przez chwilę siedział kompletnie nieruchomo w fotelu kierowcy, opierając dłonie na kierownicy i trzymając ją tak mocno, że aż pobielały mu kłykcie. W radiu właśnie zaczęła lecieć piosenka Make Me Wanna Die amerykańskiej grupy The Pretty Reckless, wykonującej szeroko pojętą muzykę rockową, a on wpatrywał się w milczeniu, słuchając słòw piosenki i głosu Taylor Momsen, w boczne lusterko swojego pojazdu. 

Na poboczu drogi, w zaroślach zauważył coś co wzbudziło jego realny niepokój I obawy – zauważył porzuconego manekina, który wyglądał niezwykle realistycznie. A przynajmniej tak mu się początkowo wydawało, że to na co właśnie patrzył było manekinem. Dopiero po krótkiej chwili zorientował się że wcale tak nie jest. 

A płytki wdech, który wziął przez nos, tylko go w tym utwierdził. Poczuł ten charakterystyczny metaliczny, miedziany i lekko żelazawy zapach, ktòry jego niezwykle czuły węch rozpoznał od razu. Zapachu ludzkiej krwi, zwłaszcza tej świeżej, nie dało się pomylić z niczym innym. I ten zapach wywołujący bolesny uścisk w żołądku I pieczenie w gardle uświadomił mu dwie rzeczy.

 Po pierwsze przypomniał mu, że od dwóch dni niczego nie zjadł i był bardzo głodny. Po drugie przypomniał mu, dlaczego lata temu postanowił zrezygnować z picia żywej ludzkiej krwi, nawet tej pochodzącej od zarejestrowanych legalnych dawcòw, którzy chętnie oddawali swoją Krew czyli Świeżynek. Od wielu lat jego dieta opierała się wyłącznie na  paczkowanej medycznej ludzkiej krwi – Szkarłatnym Nektarze.  Od czasu do czasu lubił też zmienić swoje preferencje smakowe i wypić Świnkę Krwinkę czyli świńską krew. 

Leon zaklął cicho pod nosem i szybko wysiadł z samochodu. Chłodne nocne powietrze uderzyło go w twarz, gdy podszedł bliżej pobocza oświetlonego reflektorami auta. W miarę gdy zbliżał się do tego miejsca  zapach krwi przybierał na intensywności i drażnił jego czułe zmysły. 

Młoda dziewczyna leżała nieruchomo w mokrej trawie, w kałuży własnej krwi. Wyglądała jak wyrzucona lalka. Kruczoczarne włosy miała posklejane od krwi ktòra zdążyła już dawno zakrzepnąć, lepily się do jej twarzy niczym hełm.. Jej torebka,której zawartość była wyrzucona na ziemię leżała porzucona w trawie kilka metrów dalej. Wśród rozrzuconych na ziemi przedmiotów znalazł błyszczyk do ust, male podręczne lusterko, wilgotne chusteczki przydające się do oczyszczenia rąk lub delikatnego poprawienia makijażu, kilka jednorazowych podpasek i tamponów, bilet do kina, mała butelka wody, długopis z małym notesem. 

Nie znalazł jednak niczego co przybliżyłoby go do odkrycia jej tożsamości – ani jej portfela, w którym oprócz gotówki I kart kredytowych znalazłby jej Dowód osobisty albo prawo jazdy, ani telefonu. Leon przykucnął obok niej i przyjrzał się dokładniej tej dziewczynie. Już po upływie kilku sekund które wydawały się Leonowi ciągnąć w nieskończoność wiedział, że dziewczyna z całą pewnością nie padła ofiarą dzikiego zwierzęcia. Ta dziewczyna, która w momencie śmierci musiała być w trakcie menstruacji, bo Leon był w stanie wyłapać wśród innych zapachów unoszących się w powietrzu wyczuć też zapach krwi menstruacyjnej, a zawartość torebki taka jak tampony I podpaski tylko go w tym utwierdziła. 

Padła ofiarą wampira, który postanowił zakończyć jej kruche ludzkie życie w niezwykle brutalny I animalistyczny sposób. Na jednym z jej policzkòw miała głębokie rany cięte zadane pazurami, gardło było kompletnie rozerwane, przez co głowa wydawała się niemalże oderwana od reszty ciała. 

Wampir, który ją zaatakował mógł być młody, niedoświadczony, a co za tym idzie, kompletnie niekontrolujący Głodu. Ślady na jej ciele jakie pozostawiły jego kły i pazury były głębokie, nierówne i poszarpane. 

Sam atak musiał być przeprowadzony przez wampira, ktòry działał kierowany ślepą furią napędzaną żądzą krwi I Głodem I zwierzęcą chęcią odebrania życia. A w dodatku był kompletnym amatorem niemającym doświadczenia, I nawet nie zadał sobie trudu, żeby jakoś ukryć zwłoki. Sam sposób w jaki ją zaatakował był szybki, brutalny i chaotyczny. 

– Jasna cholera. – zdołał wydusić z siebie po chwili, po tym jak otrząsnął się z pierwszego szoku, odrętwienia I osłupienia. –  Biedna dziewczyna. Co ci się stało? – zapytał, ale wiedział że już nie dostanie od niej odpowiedzi na to pytanie. Nie miał żadnych wątpliwości, że ta dziewczyna nie żyje, ale nie potrafił powiedzieć od jakiego czasu. Jej klatka piersiowa nie unosiła się, nie słyszał bicia jej serca, ale i tak dotknął jej szyi z zamiarem zbadania Jej pulsu, ale była ona zimna – Kto ci to zrobił? 

 

Leon zamknął oczy na krótką chwilę, wyobrażając sobie, że kiedy ponownie je otworzy,  martwe, zimne, prawie zupełnie pozbawione krwi I nieruchome ciało, ktòre widział przed sobą po prostu zniknie. Tak się jednak nie stało, a wtedy w jego głowie automatycznie pojawiła się pewna myśl, która przerodziła się następnie jeden prosty, szybki i skuteczny plan na pozbycie się zwłok. Mógł skorzystać z usług Ekipy Sprzątającej i zgłosić, że przypadkiem znalazł ciało I tym samym pozbyć się tego niechcianego problemu. Właśnie tak powinien był zrobić, to wydawało się jedyne sensowne rozwiązanie, które w tamtym momencie przychodziło mu do głowy. 

Przecież tak robili wszyscy, których znał, których trochę bardziej poniosło na Nocnych Polowaniach.  Zupełnie tracili oni swój rozum i kontrolę nad swoim zachowaniem i impulsami, dając zupełnie się ponieść instynktowi drapieżnika. On sam robił tak wielokrotnie, kiedy jeszcze polował pod osłoną nocy, więc jego nazwisko szefowej Ekipy Sprzątającej i zarazem jego przyjaciółce było dobrze znane. Na chwilę wrócił do samochodu, żeby wziąć z kieszeni kurtki jego telefon, a potem wrócił do dziewczyny. Jego ręce się trzęsły gdy za pomocą odcisku palca odblokował telefon, a następnie wybrał w Kontaktach odpowiedni numer. Już miał nacisnąć zieloną słuchawkę, żeby zainicjować połączenie z rejestratorką, ale gdy po raz kolejny spojrzał na martwą dziewczynę, w ostatniej chwili zmienił zdanie i zdecydował się jednak tego nie robić.

 Martwa dziewczyna  miała może dwadzieścia kilka lat. Jej prawy nadgarstek zdobiła delikatna cienka srebrna bransoletka z dwoma charmsami – nietoperzem I małym słoneczkiem. Była ubrana w najzwyklejsze jeansy, a na nogach miała zwykłe buty sportowe popularnej I znanej marki. Wyglądała bardziej jak ktoś wracający pòźną nocą z imprezy albo popołudniowej zmiany w pracy niż ktoś, kto miał umrzeć tej nocy w lesie. I właśnie to że dziewczyna wyglądała najzwyczajniej w świecie normalnie i nie wyróżniała się niczym szczególnym, a zginęła w tak okropny sposób, tak uderzyło Leona. 

Leon przełknął słodką ślinę, ktòra napływała  mu do ust, zastanawiając się co powinien zrobić w tej sytuacji. To nie był pierwszy raz, kiedy widział tak zmasakrowane ciało. Ale to był pierwszy raz, kiedy coś było nie tak jak powinno być, a Leon nie potrafił powiedzieć co. 

Może to przez to, jak bardzo wyglądała zwyczajnie, zupełnie jakby była pogrążona  w głębokim śnie, nie licząc rozległych obrażeń jakich odniosła – gardła rozszarpanego z taką siłą, że jej głowa wydawała się odgryziona i poharatanego ostrymi pazurami policzka. 

Może przez ten idiotyczny fakt, że jeszcze godzinę temu prawdopodobnie żyła swoim normalnym  i uporządkowanym życiem, pozbawionym większych kłopotów I zmartwień Mogła martwić się czymś kompletnie banalnym I nieistotnym. Na przykład tym, czy uda jej się zdążyć na czas do kina na seans filmowy, który zaplanowała obejrzeć, a potem na swojej drodze nagle spotkała potwora, ktòry sprawił, że nigdy tam nie dotarła. 

A teraz była tylko kolejnym problemem do usunięcia, I martwym ciałem, ktòrego zutylizowaniem powinna się zająć Ekipa Sprzątająca, bo na tym przecież polegała ich praca, a nie on sam. Głos rozsądku podpowiadał mu, żeby zostawić to ciało, wsiąść w samochód i odjechać. W drodze powrotnej do domu mógłby wykonać jeden anonimowy telefon, ktòry ściągnąłby Ekipę Sprzątającą, a oni zajęliby się tymi porzuconymi zwłokami I całą resztą. Coś jednak nie pozwalało mu odejść z tego miejsca i sprawiało, że jednak nadal klęczał obok martwej dziewczyny zamiast zadzwonić po ekipę sprzątającą.

Spojrzał na ciemny las wokół siebie.

 

Dookoła niego panowały niemal nieprzeniknione ciemności i względna, wręcz niepokojąca cisza, która wydawała się  przerażająco nienaturalna. Każdy najmniejszy szelest który dotarł do uszu Leona i ktòry był w stanie wyłapać, wydawał się hałasem. Złowrogą ciszę, ktòra zdecydowanie nie zwiastowała niczego dobrego, przerywało  jedynie od czasu do czasu ciche miarowe i spokojne cykanie świerszczy w trawie. Złowieszcze pohukiwanie starej, samotnej sowy, które słyszała w oddali, każdy, nawet najmniejszy szelest liści, targanych słabym, chłodnym, jesiennym wiatrem, odbijał się głuchym echem.

Jego wzrok zatrzymał się na ranach na jej szyi, które wciąż wyglądały na stosunkowo świeże, chociaż krew zdążyła już zakrzepnąć. Pomyślał sobie całkowicie naiwnie, że może wcale nie było za późno i zdążyłby ją uratować.  Na samą myśl o tym, co zamierzał zrobić poczuł nieprzyjemny uścisk w pustym, rozpaczliwie pragnącym ludzkiej krwi żołądku. 

„Nie rób tego. Jeszcze będziesz tego żałował”

Nigdy wcześniej nikogo nie przemieniał, ani nawet nie planował tego zrobić. Chociaż czasami zastanawiał się jakby to było dzielić z kimś innym swoją krew i wieczne życie. Gdyby miał kogoś takiego przy sobie nie musiałby już dłużej dźwigać ciężaru nieśmiertelności sam. Większość wampirów nie traktuje stawania się Mistrzem lekko, ponieważ zostanie Mistrzem było wiecznym zobowiązaniem, większym niż jakiekolwiek małżeństwo, głębszym niż jakakolwiek ludzka więź, czego nawet same wampiry nie rozumiały w pełni. 

Potomek. Jego Potomek. 

♠️ ROZDZIAŁ 6 ♠️

Samuel najpierw tylko wpatrywał się w nią w milczeniu, zastygły, sztywny I nieruchomy jakby ktoś polał go ciekłym betonem. Jego intensywnie zielone oczy rozszerzyły się gwałtownie, pulsując ciekłym srebrem przy brzegach. Wyraz jego twarzy na początku wyrażał zaskoczenie, potem przerodził się w dezorientację, aż wreszcie w  czyste, przerażające zrozumienie tego, co właśnie działo się na jego oczach.

– Nadio… –  szepnął ostrzegawczo jej imię, najpewniej żeby wytrącić ją z równowagi i tym samym przywołać do porządku. – Jej imię teraz tylko odbijało się od płonących wewnętrznie ścian jej świadomości jak głuche echo i nie reagowała na nie zupełnie, ani na to co działo się dookoła niej – Posłuchaj mnie teraz uważnie… – Samuel stał z podniesionymi rękoma w obronnym gęściej, z otwartymi dłońmi skierowanymi w stronę Nadii – Uwierz mi że nie chcesz tego zrobić. 

Nadia mogła wyraźnie poczuć jak obezwładniający I odbierający zdolność logicznego myślenia  głód wraca ze zdwojoną siłą, porażając ją swoją intensywnością jeszcze bardziej niż za pierwszym razem. Wraz z każdym płytkim I ostrożnym oddechem, który zaczerpnęła czuła jak rozprzestrzenia się po całym jej organizmie. Pulsował w żyłach I tętnicach, sprawiając że jej krew wrzała I gotowała się, docierając do każdej komórki jej  ciała. 

Była oszołomiona i zdezorientowana, nie miała pojęcia, co się z nią działo. Drżała cała od stóp do głów, w dodatku trawiła ją silna gorączka od środka – co najmniej czterdzieści dwa stopnie. W dodatku zaczęła odczuwać gryzący, piekący i paraliżujący ból, będący niczym użycie wiertła na paznokciu. 

Potem swoją intensywnością przybierał on na sile, oszałamiał, był jak upuszczenie działającej suszarki do wanny, w której ktoś brał kąpiel. Jej krew teraz przepływała przez żyły i tętnice szybko i mocno, sprawiając, że naczynka krwionośne rozszerzały się i pojawiały na bladej, alabastrowej skórze. Jej mięśnie drżały, jakby w jej żyłach nie płynęła już krew, tylko żrący kwas, który docierał i zatruwał każdy fragment jej fizyczności. 

– Mylisz się, Samuelu. Doskonale wiem, czego chcę –  Rzuciła prawie na jednym wydechu, nie potrafiąc jednak rozpoznać dźwięku własnego głosu, który się znacząco zmienił. 

Głos Nadii,  dawniej ciepły, delikatny, melodyjny i przyjemny dla ucha, teraz był znacznie głębszy, mocniejszy. Brzmiał niemalże demonicznie, przez co zdawał się nie należeć do niej samej, lecz do kogoś zupełnie innego. W tej chwili Nadia nie czuła się w pełni sobą, bo miała wrażenie, jakby ktoś zupełnie obcy przejął kontrolę nad jej ciałem, umysłem i impulsami. Czuła się tak, jakby ktoś nią sterował. 

– Czego chcesz? – zapytał. 

– Chcę ciebie. Chcę się przekonać jak smakujesz. 

– Nadio, Posłuchaj mnie, proszę. Teraz nie jesteś zupełnie sobą, kieruje tobą Pierwszy Głód, rozumiesz? Jeśli zaatakujesz mnie, albo kogokolwiek innego w tym klubie, możesz tej decyzji żałować już do końca swojego życia. czyli, jeśli  się nie mylę, do wieczności.

– Niczego o mnie nie wiesz. W ogóle mnie nie znasz  – wycedziła przez zaciśnięte zęby, warcząc. 

Dźwięk wydobywał się głęboko z klatki piersiowej, jakby coś w  jej wnętrzu niej wreszcie pękło. Nadia czuła jak jej wewnętrzna wampirzyca, ktòra żyła wewnątrz niej, porusza się po wszystkich kościach, przemieszczając się po jej ciele, badając ją i testując jak silna jest jej samokontrola. Ukryty w niej wewnętrzny drapieżnik jeszcze nie wypłynął na powierzchnię i nie ujawnił się, ale Nadia, czy raczej jakaś część jej nowej świadomości – była świadoma jego istnienia. To był przyczajony tygrys, gotujący się do biegu, żeby rzucić się w pogoń za ofiarą, żeby w końcu ją dopaść I zadać ostateczny, śmiertelny cios. Był ukryty I schowany głęboko w jej żyłach pompujących gęstą krew, w sercu bijącym tak niesamowicie szybko, jakby miało za chwilę wyskoczyć z klatki piersiowej. Miała wrażenie, że wszyscy obecni w klubie słyszeli jak wybija szaleńczy rytm, Samuel także. 

Ciepło, zaczęła odczuwać najpierw jako nieprzyjemne uczucie gdzieś w okolicy żołądka. Niezwykłe szybko jednak zmieniło ono swój charakter. Przerodziło się w ogień, który powoli ją trawił; ostry i palący. Zdawał  się promieniować z każdej cząstki ciała, jakby wszystkie zakończenia nerwów stanęły w ogniu i spalały się. Zdawało się ją parzyć coraz bardziej, a wrażenie było takie, jakby chwyciła obiema rękami elektryczną prostownicę z niewłaściwej strony. 

 

Jej górna warga uniosła się, jak u zwierzęcia, które szykowało się do ataku, odsłaniając drapieżne w swej białości zęby.  Ostrzegawczo obnażyła kły, pierś ścisnął zbierający się w niej dźwięk, a wtedy powietrze wydostało się zza jej zaciśniętych zębów z złowrogim sykiem godnym roju pszczół. Zasyczała niczym wściekły kot gniewnie, zjadliwie i ostrzegawczo. Samuel przyglądał się jej szeroko otwartymi oczyma przysłoniętymi bólem, szokiem i niedowierzaniem. 

Zrobiła krok śmiały, zdecydowany  krok w jego stronę. A potem jeszcze jeden. Atmosfera w klubie była tak gęsta, że można było kroić ją nożem, a powietrze  na sali tanecznej schłodziło się o kilka stopni Celsjusza, przez co gołe I odsłonięte ramiona Nadii pokryła gęsia skòrka. 

Każdy jej ruch był gwałtowny, nieludzko szybki, jakby to jej ciało samo podjęło decyzję, bez udziału umysłu. Spojrzała na Samuela, przesuwając wzrokiem po trójkącie odkrytego pod odpiętym, górnym guzikiem jego koszuli ciała, po szyi, po mocnej linii szczęki i zmysłowej krzywiźnie jego ust. Znowu poczuła nagłe, bolesne uczucie piekącego głodu, a gorący podmuch ognia ponownie ogarnął dolne kończyny, prawie dosłownie zwalając ją z nòg. To w brutalny sposób przypomniało jej o nowej rzeczywistości, w ktòrej się teraz znalazła. Teraz nie była tylko zwykłą, niczym nie wyròżniającą się Nadią, która wiodła dotychczas spokojne, pozbawione większych problemów I uporządkowane życie u boku jej rodziny i znajomych. Była potworem rodem z najgorszych nocnych koszmarów I horroròw, krwiożerczą  bestią, ktòra zapragnęła po raz pierwszy zapolować I poczuć smak krwi. Chciała poczuć smak krwi Samuela. Doskonale wiedziała, że drapieżnik ukryty w niej i czający się tuż pod powierzchnią jej gorącej jak lawa wulkaniczna skòry, pragnął dokładnie tego samego. Tygrys pragnący żerować przechadzał się, czekając cierpliwie na krew i to oczekiwanie przyprawialo go o  dreszczyk emocji. Wiedziała, że w końcu tygrys dostanie swoją szansę i będzie mógł pić. 

 

– Nadio, słyszysz mnie? – Samuel wyciągnął do niej ręce uspokajająco, jak do dzikiego zwierzęcia. – Weź głęboki oddech … Proszę cię… popatrz na mnie… Posłuchaj mojego głosu, skup się. Możesz to kontrolować. 

Nadia instynktownie przełknęła gęstą, lepką ślinę, ktòra napływała jej do ust i kiedy koniuszkiem języka oblizała spierzchnięte wargi, mogła poczuć ostre niczym igiełki końcòwki kłòw. 

 

Zignorowała własne ostrzeżenia i podszepty sumienia, przebijające się przez ogień pobudzenia I pożądania, błagające ją, żeby się ocknęła. Zamiast obudzić się z się z amoku i walczyć z głodem, zrobiła coś zupełnie innego – przysunęła się bliżej do jego ciała. 

– Samuelu… – zamruczała jego imię, niczym zadowolona, najedzona kotka, czekająca na pieszczoty – Tej nocy chcę, żebyś był tylko mój.

W żaden sposób nie zaprotestował, stał nieruchomy niczym statua i nie poruszył się, kiedy zachęcona tą biernością i uległością  Nadia zacisnęła dłonie w jego pasie. Samuel nic nie mòwił, milczał jak zaklęty, patrząc na nią tymi swoimi zielonymi jak emeraldy oczami. Jego oczy lśniły przy brzegach czystą  roztopioną rtęcią, aby w następnej sekundzie stać się całkowicie srebrne. W chwili, w której to się stało, Nadia poczuła się zupełnie  bezbronna, jakby wpadła w sidła zastawione przez niego I nie miała żadnych szans na to, żeby się z nich uwolnić. Mur obronny, który wzniosła wokół Samuela runął całkowicie, kiedy podniósł dłoń do jej twarzy, której delikatne, dziewczęce rysy były teraz upiorną maską zniekształconą i zdeformowaną przez jej wampirze oblicze. Delikatnie i ostrożnie, zupełnie jakby bał się, że mógłby zrobić jej krzywdę, pogładził ją po policzku, potem kciukiem pogładził jej usta. Ciało Nadii zareagowało na tę niewinną pieszczotę, tak jak się tego spodziewała – wysyłając przyjemne dreszcze wzdłuż jej kręgosłupa.  Poczuła przyjemny dreszcz podniecenia, ciepło wzbierające w podbrzuszu. W chwili, gdy pochylił się bliżej ku niej, a jego usta tylko delikatnie, niczym skrzydła motyla dotknęły jej własnych, mury obronne Nadii, które wzniosła wokół Samuela runęły całkowicie. Dryfowanie się skończyło w momencie, w którym  jego dłonie zawędrowały na jej policzki, a jego usta odnalazły jej własne  i znaczyły na nich szlak.

Gdy to zrobił, gdy ją pocałował poczuła, że owiewa ją jakaś dziwna energia. Ogarnęło ją wrażenie, że wampir stara się wywrzeć na niej swój wpływ i ją oczarować. Wystarczyło uderzenie serca, a była tą mocą, skradajacą się ku niej ruchem niewidzialnych amebowych wąsów, otoczona, owinięta. W pierwszej chwili nie była pewna, co Samuel chciał z nią zrobić – impuls nie był fizycznie groźny I nie sprawiał jej fizycznego bòlu, ale był agresywny. 

Nie wydawało jej się, aby mógł ją zranić, ale próbował wślizgnąć się do jej wnętrza, szukając słabości, badając to, jak silna jest jej wampirzyca. Oczyściła umysł, myśląc, że jeśli nie będzie z nim walczyć, nie postawi żadnego muru, to prześlizgnie się i popłynie wokół niej. Zdecydowanie łatwiej było powiedzieć, niż zrobić —  musiała walczyć, żeby nie wstrzymywać oddechu, kiedy powietrze zgęstniało, wprost pulsowało energią.

– Nadio… – powiedział jej imię z pewną dozą niepewności, słyszalnej w jego głosie. Potem oparł swoje czoło na jej, pytając tym samym o jej przyzwolenie, zgodę.

– Tak, Samuelu? 

– Nawet, nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo piękna jesteś. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo cię teraz pragnę. 

– Ja również cię pragnę, Samuelu