♠️ ROZDZIAŁ 6 ♠️
Samuel najpierw tylko wpatrywał się w nią w milczeniu, zastygły, sztywny I nieruchomy jakby ktoś polał go ciekłym betonem. Jego intensywnie zielone oczy rozszerzyły się gwałtownie, pulsując ciekłym srebrem przy brzegach. Wyraz jego twarzy na początku wyrażał zaskoczenie, potem przerodził się w dezorientację, aż wreszcie w czyste, przerażające zrozumienie tego, co właśnie działo się na jego oczach.
– Nadio… – szepnął ostrzegawczo jej imię, najpewniej żeby wytrącić ją z równowagi i tym samym przywołać do porządku. – Jej imię teraz tylko odbijało się od płonących wewnętrznie ścian jej świadomości jak głuche echo i nie reagowała na nie zupełnie, ani na to co działo się dookoła niej – Posłuchaj mnie teraz uważnie… – Samuel stał z podniesionymi rękoma w obronnym gęściej, z otwartymi dłońmi skierowanymi w stronę Nadii – Uwierz mi że nie chcesz tego zrobić.
Nadia mogła wyraźnie poczuć jak obezwładniający I odbierający zdolność logicznego myślenia głód wraca ze zdwojoną siłą, porażając ją swoją intensywnością jeszcze bardziej niż za pierwszym razem. Wraz z każdym płytkim I ostrożnym oddechem, który zaczerpnęła czuła jak rozprzestrzenia się po całym jej organizmie. Pulsował w żyłach I tętnicach, sprawiając że jej krew wrzała I gotowała się, docierając do każdej komórki jej ciała.
Była oszołomiona i zdezorientowana, nie miała pojęcia, co się z nią działo. Drżała cała od stóp do głów, w dodatku trawiła ją silna gorączka od środka – co najmniej czterdzieści dwa stopnie. W dodatku zaczęła odczuwać gryzący, piekący i paraliżujący ból, będący niczym użycie wiertła na paznokciu.
Potem swoją intensywnością przybierał on na sile, oszałamiał, był jak upuszczenie działającej suszarki do wanny, w której ktoś brał kąpiel. Jej krew teraz przepływała przez żyły i tętnice szybko i mocno, sprawiając, że naczynka krwionośne rozszerzały się i pojawiały na bladej, alabastrowej skórze. Jej mięśnie drżały, jakby w jej żyłach nie płynęła już krew, tylko żrący kwas, który docierał i zatruwał każdy fragment jej fizyczności.
– Mylisz się, Samuelu. Doskonale wiem, czego chcę – Rzuciła prawie na jednym wydechu, nie potrafiąc jednak rozpoznać dźwięku własnego głosu, który się znacząco zmienił.
Głos Nadii, dawniej ciepły, delikatny, melodyjny i przyjemny dla ucha, teraz był znacznie głębszy, mocniejszy. Brzmiał niemalże demonicznie, przez co zdawał się nie należeć do niej samej, lecz do kogoś zupełnie innego. W tej chwili Nadia nie czuła się w pełni sobą, bo miała wrażenie, jakby ktoś zupełnie obcy przejął kontrolę nad jej ciałem, umysłem i impulsami. Czuła się tak, jakby ktoś nią sterował.
– Czego chcesz? – zapytał.
– Chcę ciebie. Chcę się przekonać jak smakujesz.
– Nadio, Posłuchaj mnie, proszę. Teraz nie jesteś zupełnie sobą, kieruje tobą Pierwszy Głód, rozumiesz? Jeśli zaatakujesz mnie, albo kogokolwiek innego w tym klubie, możesz tej decyzji żałować już do końca swojego życia. czyli, jeśli się nie mylę, do wieczności.
– Niczego o mnie nie wiesz. W ogóle mnie nie znasz – wycedziła przez zaciśnięte zęby, warcząc.
Dźwięk wydobywał się głęboko z klatki piersiowej, jakby coś w jej wnętrzu niej wreszcie pękło. Nadia czuła jak jej wewnętrzna wampirzyca, ktòra żyła wewnątrz niej, porusza się po wszystkich kościach, przemieszczając się po jej ciele, badając ją i testując jak silna jest jej samokontrola. Ukryty w niej wewnętrzny drapieżnik jeszcze nie wypłynął na powierzchnię i nie ujawnił się, ale Nadia, czy raczej jakaś część jej nowej świadomości – była świadoma jego istnienia. To był przyczajony tygrys, gotujący się do biegu, żeby rzucić się w pogoń za ofiarą, żeby w końcu ją dopaść I zadać ostateczny, śmiertelny cios. Był ukryty I schowany głęboko w jej żyłach pompujących gęstą krew, w sercu bijącym tak niesamowicie szybko, jakby miało za chwilę wyskoczyć z klatki piersiowej. Miała wrażenie, że wszyscy obecni w klubie słyszeli jak wybija szaleńczy rytm, Samuel także.
Ciepło, zaczęła odczuwać najpierw jako nieprzyjemne uczucie gdzieś w okolicy żołądka. Niezwykłe szybko jednak zmieniło ono swój charakter. Przerodziło się w ogień, który powoli ją trawił; ostry i palący. Zdawał się promieniować z każdej cząstki ciała, jakby wszystkie zakończenia nerwów stanęły w ogniu i spalały się. Zdawało się ją parzyć coraz bardziej, a wrażenie było takie, jakby chwyciła obiema rękami elektryczną prostownicę z niewłaściwej strony.
Jej górna warga uniosła się, jak u zwierzęcia, które szykowało się do ataku, odsłaniając drapieżne w swej białości zęby. Ostrzegawczo obnażyła kły, pierś ścisnął zbierający się w niej dźwięk, a wtedy powietrze wydostało się zza jej zaciśniętych zębów z złowrogim sykiem godnym roju pszczół. Zasyczała niczym wściekły kot gniewnie, zjadliwie i ostrzegawczo. Samuel przyglądał się jej szeroko otwartymi oczyma przysłoniętymi bólem, szokiem i niedowierzaniem.
Zrobiła krok śmiały, zdecydowany krok w jego stronę. A potem jeszcze jeden. Atmosfera w klubie była tak gęsta, że można było kroić ją nożem, a powietrze na sali tanecznej schłodziło się o kilka stopni Celsjusza, przez co gołe I odsłonięte ramiona Nadii pokryła gęsia skòrka.
Każdy jej ruch był gwałtowny, nieludzko szybki, jakby to jej ciało samo podjęło decyzję, bez udziału umysłu. Spojrzała na Samuela, przesuwając wzrokiem po trójkącie odkrytego pod odpiętym, górnym guzikiem jego koszuli ciała, po szyi, po mocnej linii szczęki i zmysłowej krzywiźnie jego ust. Znowu poczuła nagłe, bolesne uczucie piekącego głodu, a gorący podmuch ognia ponownie ogarnął dolne kończyny, prawie dosłownie zwalając ją z nòg. To w brutalny sposób przypomniało jej o nowej rzeczywistości, w ktòrej się teraz znalazła. Teraz nie była tylko zwykłą, niczym nie wyròżniającą się Nadią, która wiodła dotychczas spokojne, pozbawione większych problemów I uporządkowane życie u boku jej rodziny i znajomych. Była potworem rodem z najgorszych nocnych koszmarów I horroròw, krwiożerczą bestią, ktòra zapragnęła po raz pierwszy zapolować I poczuć smak krwi. Chciała poczuć smak krwi Samuela. Doskonale wiedziała, że drapieżnik ukryty w niej i czający się tuż pod powierzchnią jej gorącej jak lawa wulkaniczna skòry, pragnął dokładnie tego samego. Tygrys pragnący żerować przechadzał się, czekając cierpliwie na krew i to oczekiwanie przyprawialo go o dreszczyk emocji. Wiedziała, że w końcu tygrys dostanie swoją szansę i będzie mógł pić.
– Nadio, słyszysz mnie? – Samuel wyciągnął do niej ręce uspokajająco, jak do dzikiego zwierzęcia. – Weź głęboki oddech … Proszę cię… popatrz na mnie… Posłuchaj mojego głosu, skup się. Możesz to kontrolować.
Nadia instynktownie przełknęła gęstą, lepką ślinę, ktòra napływała jej do ust i kiedy koniuszkiem języka oblizała spierzchnięte wargi, mogła poczuć ostre niczym igiełki końcòwki kłòw.
Zignorowała własne ostrzeżenia i podszepty sumienia, przebijające się przez ogień pobudzenia I pożądania, błagające ją, żeby się ocknęła. Zamiast obudzić się z się z amoku i walczyć z głodem, zrobiła coś zupełnie innego – przysunęła się bliżej do jego ciała.
– Samuelu… – zamruczała jego imię, niczym zadowolona, najedzona kotka, czekająca na pieszczoty – Tej nocy chcę, żebyś był tylko mój.
W żaden sposób nie zaprotestował, stał nieruchomy niczym statua i nie poruszył się, kiedy zachęcona tą biernością i uległością Nadia zacisnęła dłonie w jego pasie. Samuel nic nie mòwił, milczał jak zaklęty, patrząc na nią tymi swoimi zielonymi jak emeraldy oczami. Jego oczy lśniły przy brzegach czystą roztopioną rtęcią, aby w następnej sekundzie stać się całkowicie srebrne. W chwili, w której to się stało, Nadia poczuła się zupełnie bezbronna, jakby wpadła w sidła zastawione przez niego I nie miała żadnych szans na to, żeby się z nich uwolnić. Mur obronny, który wzniosła wokół Samuela runął całkowicie, kiedy podniósł dłoń do jej twarzy, której delikatne, dziewczęce rysy były teraz upiorną maską zniekształconą i zdeformowaną przez jej wampirze oblicze. Delikatnie i ostrożnie, zupełnie jakby bał się, że mógłby zrobić jej krzywdę, pogładził ją po policzku, potem kciukiem pogładził jej usta. Ciało Nadii zareagowało na tę niewinną pieszczotę, tak jak się tego spodziewała – wysyłając przyjemne dreszcze wzdłuż jej kręgosłupa. Poczuła przyjemny dreszcz podniecenia, ciepło wzbierające w podbrzuszu. W chwili, gdy pochylił się bliżej ku niej, a jego usta tylko delikatnie, niczym skrzydła motyla dotknęły jej własnych, mury obronne Nadii, które wzniosła wokół Samuela runęły całkowicie. Dryfowanie się skończyło w momencie, w którym jego dłonie zawędrowały na jej policzki, a jego usta odnalazły jej własne i znaczyły na nich szlak.
Gdy to zrobił, gdy ją pocałował poczuła, że owiewa ją jakaś dziwna energia. Ogarnęło ją wrażenie, że wampir stara się wywrzeć na niej swój wpływ i ją oczarować. Wystarczyło uderzenie serca, a była tą mocą, skradajacą się ku niej ruchem niewidzialnych amebowych wąsów, otoczona, owinięta. W pierwszej chwili nie była pewna, co Samuel chciał z nią zrobić – impuls nie był fizycznie groźny I nie sprawiał jej fizycznego bòlu, ale był agresywny.
Nie wydawało jej się, aby mógł ją zranić, ale próbował wślizgnąć się do jej wnętrza, szukając słabości, badając to, jak silna jest jej wampirzyca. Oczyściła umysł, myśląc, że jeśli nie będzie z nim walczyć, nie postawi żadnego muru, to prześlizgnie się i popłynie wokół niej. Zdecydowanie łatwiej było powiedzieć, niż zrobić — musiała walczyć, żeby nie wstrzymywać oddechu, kiedy powietrze zgęstniało, wprost pulsowało energią.
– Nadio… – powiedział jej imię z pewną dozą niepewności, słyszalnej w jego głosie. Potem oparł swoje czoło na jej, pytając tym samym o jej przyzwolenie, zgodę.
– Tak, Samuelu?
– Nawet, nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo piękna jesteś. Nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo cię teraz pragnę.
– Ja również cię pragnę, Samuelu
Leave a Reply